#1 Lidia.

„Tajemnica życia leży w poszukiwaniu piękna.”

– Oscar Wilde

Lidia.

 

Niebo rozdarte tysiącem głosów rozpadło się na kawałki.

Mgielne opary pochłonęły błękit, a jasny proch rozsypał się na nich – od dołu. Biel rozbłysła złotem po raz ostatni, gdy wstęga różu przebiła puch. Chmury zagęstniały. Zaburczało.

Szary cień przemknął po spalonej słońcem, przecinającej las ulicy. Lidia szybko uniosła głowę i z nadzieją wycelowała w górę; nie miała czasu na obserwację. Z odrobiną nadziei podbiegła kawałek i spróbowała ponownie, jednak żuraw zaczął prężniej odgarniać powietrze i zwinnie zniknął za drzewami.

Kobieta westchnęła cicho i usiadła zrezygnowana u stóp dębu. Związała ciemne włosy w niedbały kok. Przymknęła znużone powieki i położyła dłonie na miękkiej trawie, tak miękkiej jak w jej rodzinnych stronach… Usłyszała chrapanie ukochanego konia, Kamyka, i poczuła woń stokrotek. Dziecięcy śmiech dźwięczał w jej uszach, oddalając się coraz bardziej. Zastępował go smród spalenizny…

Szelest przebiegającego zająca przywrócił Lidię do rzeczywistości. Przejrzała zdjęcia, jednak nic dobrego poza fotografią żółtobrzuchej sikorki nie znalazła. Wstała i ruszyła z aparatem do miasta.

* * *

Strzeliste budynki Transitusu* jakby wyrastały z ziemi, sprawiając wrażenie ogromnej metropolii otoczonej zielonym morzem. Całymi dniami jaśniały w słońcu – piękne i nie-materialne. Stworzone nie-ludzkimi rękami stały nienaruszone od tysięcy lat w świecie pozbawionym zagrożenia rozwoju pleśni i grzybów. Kłuły bielą, odwracając uwagę od brudu miasta. Wszyscy przyjezdni oczarowani rozglądali się po wiecznym mieście, jednak miejscowi znali prawdę o warunkach budowy, dlatego każdy nowy budynek wzbudzał zamiast zachwytu – niesmak.

Lidia minęła bramę miasta i jak zwykle uderzył ją hałas; szczególnie frustrujący i nie-do-wytrzymania po kilkugodzinnym odpoczynku w leśnej ciszy. Schowała aparat, przerzuciła plecak przez ramię i wskoczyła do podróżnej kapsuły.

Spocone ciała wydzielały nieprzyjemny odór; w powietrzu niemal unosiły się zielone bąble smrodu. Kapsuła już dojeżdżała na przystanek kobiety, gdy głośny łoskot wystraszył pasażerów. Szyny zapiszczały, a wszyscy runęli do przodu jak domino. Zamilkli, gdy ogromne szpony wbiły się w blaszany dach tramwaju. Kobieta wstała niepewnie i przyłożyła palce do pulsującego ramienia. Stęknęła cicho i skuliła się przy drzwiach. Z wydartej dziury na dachu wysunął się gruby, purpurowy, zrogowaciały jęzor; ślina ochlapała wnętrze pojazdu. Lidia wstrzymała oddech, gdy śliski obiekt zbliżał się w jej stronę. Zmrużyła oczy, przypominając sobie lekcje ojca, i zręcznie wyjęła zdrową ręką sztylet z pochwy. Wbiła go w jęzor i odskoczyła do tyłu, a stwór z sykiem go zabrał. Kapsuła się zakołysała, gdy kolejne pary nóg wylądowały na jej dachu. Wszyscy czekali z napięciem.

Martwą ciszę przerwał przeraźliwy skowyt. Wielkie cielsko runęło na jezdnię. Lidia podskoczyła do okna i przyjrzała się blademu ciału człekopodobnego stwora.

Zaczął padać deszcz; krople rytmicznie odbijały się od metalu, coraz szybciej i silniej, powoli przeradzając się w zimny grad.

Kobieta spuściła głowę i spojrzała na zakrwawiony sztylet. Obracała go w dłoniach, wspominając z żalem słowa ojca, który powtarzał, że ma nadzieję, że jego nauki nigdy jej się nie przydadzą. Pokręciła głową, podziwiając nie pierwszy raz delikatne żłobienia na rękojeści. I za życia się nie przydały, pomyślała z ironicznym poczuciem humoru. Wybiła szybę w oknie i wyskoczyła z kapsuły.

Lekko zamroczona dotarła do ulubionego baru – “Czarnego Kruka”. Kupiła piwo i usiadła przy stoliku w rogu. Półmrok zabarwiony czerwonym światłem uspokajał ją; pozwolił na dyskretne sprawdzenie stanu ramienia. Wydało jej się, że nic nie złamała, co najwyżej nadwyrężyła. Westchnęła, upiła łyk piwa i wyciągnęła zieloną karteczkę z adresem z kieszeni plecaka.

– Lidia?

Głos stojącej nad nią drobnej brunetki wyrwał ją z zamyślenia. Spojrzała na nią jak przez mgłę. Nagle jej oczy rozbłysły, a przez głowę przemknęły niezwykle realistyczne wspomnienia ostatnich chwil na Ziemi. Wzdrygnęła się i zmarszczyła brwi. Odgarnęła włosy z twarzy i usiadła prosto.

– Ach, to ty – mruknęła do swojego zabójcy. – Cześć.

 

Natalia Kossakowska

 

*Transitus – z jęz. łac. Przejściowy