#2 Bruno

„Ktokolwiek mówi, że się śmierci nie lęka, kłamie.”  

Ignacy Krasicki

 

Bruno.

 

Niebo już ciemniało, gdy w całym budynku rozbrzmiał ostry dźwięk alarmu.

Przysypiający Bruno aż podskoczył na krześle. Przetarł oczy i pierwszy rzucił się do składu z bronią, a za nim inni. Od razu sięgnął po swoje ulubione dwa krótkie noże, dobrze wyważone, lekkie i zgrabne w użyciu, choć wyszczerbione przez wieloletnią służbę. Narzucił płaszcz i schował rude włosy pod kapturem.

Nie oglądając się na innych, opuścił Paszczę – bazę.

– Kostecki!

Bruno stanął w pół kroku i niechętnie odwrócił się w tył, posłusznie czekając na dowódcę.

– Kiedyś cię palnę w ten głupi łeb – warknął dowódca. – Jak zwykle wyrywasz się pierwszy. Kiedy się nauczysz, że idziemy razem?

Słowa w ustach dowódcy Morozowa zawsze brzmiały groźnie, nawet gdy żartował, a żartował często i przede wszystkim głośno, znacznie częściej niż krzyczał. Był prostym człowiekiem o wyglądzie drwala z głęboko osadzonymi brązowymi oczami i krótko przystrzyżoną brodą. Ubrany niemal zawsze w strój bojowy, stronił od uwielbianych przez Brunona płaszczy. Jednak przede wszystkim znany był z zamiłowania do ciepłego jadła i zimnego browaru. Bruno nie raz słyszał na jego temat plotki o jego życiu na Ziemi; ta najpopularniejsza opowiadała o rosyjskim pułkowniku, który na wojnach z przełomu XIX/XX wieku stracił cały swój majątek i resztę życia spędził na ulicach Moskwy jako bezdomny. Nikt nie wiedział, ile w tym prawdy, ale to by wyjaśniało, dlaczego Morozow nazywał siebie pułkownikiem, zmuszając tym samym wszystkich, aby tak się do niego zwracali, a także zachowując się przy jedzeniu – szczególnie przed potrawką z jagnięciny – jakby nie jadł przez tydzień. Nie mówiąc już o nachodzących go czasami wojennych wspominkach.

Bruno powstrzymał się przed przewróceniem oczami. Zacisnął zęby i nic nie odpowiedział; po trzech miesiącach w służbie zdążył się nauczyć, że Morozowowi nie odpowiada się na pytania retoryczne. W przeciwnym razie pułkownik bardzo łatwo mógłby go odsunąć od najbardziej niebezpiecznych akcji, a takie Bruno lubił najbardziej.

– Idziemy, chłopcy – oznajmił Morozow, gdy reszta drużyny do nich dotarła. Machnął ręką i pobiegł, nie oglądając się na innych.

* * *

Wkroczyli w cieplejszą i bogatszą dzielnicę – do Specula*. Teraz już ciężej było poruszać się niezauważonym przez panującą tam czystą biel, od której wyraźnie odcinał się każdy kolor. Im dalej szli, tym było gorzej, biel zastępowało szkło. Drużyna Morozowa nie miałaby szans, gdyby stary wyjadacz nie znał kilku dyskretnych przejść.

Transitus, podobnie jak ziemski Paryż, charakteryzował się prostym i przestrzennym układem ulic; podzielony na pięć dzielnic odznaczał się różnorodnością pod względem mieszkańców i wyglądu bardziej niż jakiekolwiek miasto ziemskie. Tygiel kultur mieszał się w nim i przeobrażał z każdą nowo przybyłą duszyczką, wzbogacając się o jej indywidualizm i doświadczenie z dawnego życia.

Bruno poczuł na policzku zimny płatek śniegu. Ciepły wiatr zaczął powoli zastępować przeszywający chłód. Mężczyzna wzdrygnął się, przyspieszył kroku i dogonił pułkownika. Wiatr i śnieg przybierały na sile.

– Ach, prawie jak gdy czekaliśmy, kiedy Giermańcy szli w czterdziestym pierwszym – mruknął Morozow z lekko uniesionym kącikiem ust i wyjął z lewej kieszeni czarną czapkę. Nagle skręcił za jednym z budynków. Bruno prawie się wywrócił na śliskim od lodu podłożu, gdy dowódca go zawołał.

– Chodź no, chłopcze, pomóż mi – powiedział, podnosząc z jednej strony ciężki właz. Bruno podskoczył do niego i razem odsłonili wejście do kanałów.

– Ruszcie się – warknął pułkownik i pierwszy zszedł na dół po żelaznej drabinie.

Bruno podążył za nim, niepewny tego, co zastanie na dole. Spodziewał się kolejnego zaskoczenia, nauczony doświadczeniem, że ten świat zadziwia go na każdym kroku; tym razem jednak kanały okazały się aż nazbyt podobne do tych ziemskich – tak samo mokre i cuchnące. Z lekkim obrzydzeniem ruszył z nogami zanurzonymi po kostki w wodzie, starając się nie myśleć o pływających w niej obiektach.  Szli w ciszy i ciemności, pułkownik bez wątpienia znał drogę na pamięć. Słychać było tylko plusk stóp.

Bruno nie potrafił oprzeć się wspomnieniom. Szczególnie zabawom z braćmi na płyciźnie jeziora, gdzie chowali się wśród wrzosów i bawili w partyzantkę. Było ich czterech, dlatego dwóch wcielało się w rolę Polaków partyzantów, a pozostali – złych Niemców. Czasami udawało im się ukradkiem zabrać ojcu nienabitą wiatrówkę i nieco uwiarygodnić “wojnę”; czołgali się po brudnej, mokrej ziemi i wychylali chłopięce czupryny znad wysokich traw, by dostrzec przeciwnika. Podskakiwali do siebie i próbowali zrzucić przeciwnika na głębsze wody jeziora.

Najlepsza zabawa? Gdy padał deszcz. Dodawał tragizmu dziecięcej wyobraźni.

Do domu zawsze wracali cali wysmarowani błotem. Matka załamywała ręce, a babka uśmiechała pod nosem, podsycając ich zabawy opowieściami z młodości.

Brunonowi udało się niemal zapomnieć, że jego stopy bynajmniej nie poruszają się w jeziorze, gdy ciszę przerwał przyduszony pomruk. Zamarł. Wytężył wzrok, ale na próżno, mrok był nieprzenikniony. Wiedział, że nie tylko on to usłyszał; wszyscy znieruchomieli i czekali. Mężczyzna napiął mięśnie i wyjął noże z pochwy, przypominając sobie słowa Morozowa na treningach: “nóż miej w dłoni zawsze przed atakiem”. I choć mógł pochwalić się nieprzeciętnymi zdolnościami manualnymi – bez problemu potrafił dobyć swą broń w sekundę, to w praktyce zdawał sobie sprawę, że w walce każda sekunda jest cenna.

Kolejny dźwięk rozległ się za nimi. Cichy krzyk kolegi zadźwięczał w kanałach echem. Bruno podskoczył, ale ledwo musnął ostrzem śliskiego stwora, który zwinnie jak szczur prześliznął się między nimi, otworzył najbliższy właz i wydostał się na powierzchnię. Mężczyzna przeklął i razem z innymi pomógł rannemu koledze wyjść na ulicę.

Gdy Morozow rozdarł materiał, światło ukazało na barku Szymona podłużne szramy podobne do ran po ataku niedźwiedzia. Brocząca krew spływała po linii żeber, tworząc makabryczny, rubinowy obraz. Pułkownik działał szybko – jednym silnym ruchem oderwał od stroju Szymona cały rękaw i zrobił z niego prowizoryczny okład.

– Uciskaj, Laskowski, uciskaj mocno – nakazał pewnym głosem, ale pot perlił się na jego czole. – Nic ci nie będzie. Sorokin, Grabowski, Przewalski – wy, młodzi, odprowadzacie go do Paszczy. Kostecki i Witkowski idą dalej ze mną.

Bruno skinął głową. Wiedział, że nie mają dużo czasu zanim bezduszy znów zaatakuje. Poza adrenaliną i chęcią przygód do jego pragnień doszła jeszcze żądza zemsty za towarzysza.

Wyszli z kanałów za wcześnie, prosto w tłoczny fragment miasta. Tropić stwora nie było łatwo, ale Morozow znał się na rzeczy. Bruno owinął się ciaśniej płaszczem, chowając pod nim broń. Wszyscy trzej wmieszali się w tłum.

Bezduszego najpierw usłyszeli – charakterystyczne, przeciągłe syczenie przebijało się przez zgiełk miasta. Bruno przyspieszył kroku; akcje wciąż go ekscytowały w przeciwieństwie do wprawionych kolegów. Wkrótce ich oczom ukazał się cel.

Wygięty jak pałąk stwór siedział na dachu jednej z podróżnych kapsuł z wbitymi w dach szponami. Półprzezroczysta, błoniasta powłoka nie stawiała oporu słońcu, co sprawiało, że na tle nieba bezduszy był ledwo dostrzegalny. Posturę miał zdumiewająco podobną do człowieka; przez błonę przebijały się kości. Zasadniczą różnicę stanowił nienaturalnie wygięty kręgosłup i brak twarzy. Zamiast niej z przodu głowy ziała czarna dziura, z której w razie ataku wysuwał się gruby, równie smolisty jęzor, sięgający nawet trzech metrów. Tak też teraz błądził nim po wnętrzu pojazdu.

Ulica opustoszała, a mieszkańcy zgromadzili się w sklepach i kawiarenkach, bezradnie oglądając przez szyby makabryczny spektakl. Bruno dostrzegł jedynie siedmioletniego chłopca chowającego się w krzakach tuż za atakowaną kapsułą. Mały nie ruszał się, panicznie szukając wzrokiem prawdopodobnie matki i ściskając kurczowo w zbielałych dłoniach pluszowego słonia.

Pierwszy wyrwał się Witkowski, pędząc prosto do ukrywającego się dziecka. Bruno poczuł, jak adrenalina napełnia jego żyły i pcha do przodu. Nie bacząc na rozkazy Morozowa, ruszył do ataku. Wbiegł na jedną z niższych kapsuł i z niej przeskoczył na dach właściwej.

Niespodziewanie bezduszy odskoczył. Bruno dostrzegł, że bestia została zraniona, więc niewiele myśląc wykorzystał moment i z impetem wbił noże w jej łopatki. Stwór ryknął, zatoczył się i obrócił, próbując pozbyć się napastnika. Mężczyzna nie dawał za wygraną – miotał się razem z nim. Nie spodziewał się, że potwór jest tak silny, ale wytrwale nie puszczał noży. Oplótł nogami jego biodra i wbił broń głębiej; łokcie lepiły mu się od śluzu. Taniec śmierci zdawał się nie mieć końca.

Mężczyzna w końcu poczuł, że ciało stwora wiotczeje. Z ulgą dobił go jednym ciosem w głowę. W tej samej chwili pojawił się obok niego dowódca. Bruno zdążył wyjąć broń, zanim Morozow nie zwalił martwego cielska na ulicę; kątem oka dostrzegł opuszczającą kapsułę młodą kobietę o rdzawo-złotych włosach. Jej sztylet zabłysnął w słońcu.

– Miałeś się sam nie wyrywać! – warknął wściekły pułkownik. Jego twarz stała się bardziej czerwona niż zwykle, a duże usta nadęte. – Jesteś idiotą! Jeszcze jedna taka scena, a… – przerwał, a jego policzki szybko zmieniły kolor z purpurowego w papierowy. – Uważaj! – wykrztusił i zwalił się na Brunona całym potężnym ciałem. Szybkim ruchem wyjął z pochwy szablę i ranił skradającego się za towarzyszem kolejnego bezduszego. Tamten wycofał się z sykiem i wylądował lekko na ulicy. Zanim Witkowski zdążył zareagować, stwór owinął jęzor wokół szyi chłopca i z głośnym plaśnięciem cisnął nim w betonową jezdnię. Szponami rozerwał martwe ciałko dziecka, wyrwał serce i zniknął za szklanymi budynkami.

Mężczyźni długo stali milczeniu.

– Nie gonimy go, chłopaki – zarządził w końcu pułkownik. – Jest nas za mało i nie damy rady. Wracamy do Paszczy. – Wyjął z kieszeni zapałki, podpalił jedną i rzucił na zwłoki. Ogień szybko się rozprzestrzenił; gryzący dym uniósł się w górę razem z płomieniami. Po chwili zaczął kropić deszcz.

– Wracamy – powtórzył Morozow i odwrócił wzrok. Wracali.

* * *

Po dotarciu do bazy w Brunonie mieszały się skrajne uczucia – dumy dzięki samodzielnemu pokonaniu bezduszego i smutku doświadczenia śmierci. Chcąc jednak odwlec wybuch wściekłości pułkownika, wziął prysznic i udał się do ulubionego baru. Zamówił whisky z colą i rozejrzał się. Przy jednym ze stolików dostrzegł znajomą burzę złotych loków. Uniósł brwi.

– Proszę podać ode mnie cosmo tej pani – powiedział do barmana i upił łyk.

W ręku trzymał pluszowego słonia.

 

Natalia Kossakowska

 

*Speculo – z jęz. łac. Szkło

Rozdział 1: http://kreofikcja.pl/1-lidia/