Oblicza miłości. Opowiadanie

Uśmiech wygiął jej delikatne usteczka. Roześmiała się radośnie i wyciągnęła rączki; płatki topiły się na jej paluszkach i czerwonych z wysiłku policzkach. Podciągnęła pudrową sukienkę i odsłoniła białe rajstopy. Pobiegła przed siebie, zostawiając za sobą ścieżkę śladów drobnych stópek. Śnieg zawirował.

Mężczyzna uśmiechnął się dobrotliwie, patrząc na bosą córeczkę otuloną białym puchem. Westchnął i skrzywił się odrobinę, wciąż nie potrafiąc dostrzec czerwonej szminki i zamszowych obcasów. Jej loki błyszczały w słońcu jak dawniej.

Dziewczyna pozwoliła się objąć przez wysoką, kościstą kobietę o tym samym uśmiechu. Matka pogładziła ją po rumianej twarzyczce i westchnęła, mając ochotę ujarzmić rozwiane włosy córeczki i spleść je w ciasny, długi warkocz, który kołysałby się na jej plecach przy każdym kroku. Jak kiedyś.

Z rozbawieniem słuchała słów bawiącej się w dorosłego dziewczynki.

– Mamo, zastanów się nad tym. – Młodsza kobieta położyła dłoń na ramieniu starszej. – Przyda ci się pomoc. Zasłużyłaś na to.

Matka pobłażliwie pokręciła głową.

– Dziecko, ty się tym nie zajmuj. Radzimy sobie z twoim ojcem, ty myśl o sobie… – rzuciła znaczące spojrzenie mężowi nad ramieniem córki. Przesunęła wzrok na chłopca, który wyszedł zza rogu budynku. Podszedł od razu do jej córeczki i ucałował w czoło. Odwrócił się do niej.  

– Dzień dobry – ujął dłoń matki. – Jestem chłopakiem pani córki.

Matka od razu dostrzegła, że pod warstwą nonszalancji ukrywał lekkie podenerwowanie.

– A ja jej matką – odparła, potrząsnęła dłonią chłopca i niemal od razu zapaliła jej się czerwona lampka. Chłopiec, ciąża, brak perspektyw…  Zerknęła znów na swoją drobną i głupiutką jeszcze córeczkę, a potem – na męża. Wiedziała, że jest tak samo przerażony jak ona. Za wcześnie, wszystko za wcześnie, chłopcy w tym wieku…

Ojciec również potrząsnął ręką chłopca. Coś się w nim burzyło, gdy młodzieniec objął jego córeczkę, otwierając przed nią drzwi do wnętrza kawiarni.

Czworo ludzi złożyło zamówienie przy barze i usiadło na kanapach przy stoliku. Filiżanki zabrzęczały.

Młoda kobieta położyła dłoń na kolanie siedzącego obok niej mężczyzny. Wszystkie emocje kłębiły się w jej wnętrzu, a brak możliwości ich upustu nie dawało jej spokoju. Zagryzła wargę i wzdrygnęła się, gdy jej wyobraźnia zobrazowała jej jeden z możliwych scenariuszy dzisiejszego popołudnia. Wzięła głęboki oddech, przypominając  sobie, że jednak w większości przypadków rodzice okazują entuzjazm, a nie rozczarowanie. Lekko drżące palce zacisnęła  na nadgarstku ukochanego.

Młody mężczyzna objął ramieniem dziewczynę, dla której zrobiłby wszystko – nawet zmierzył z jej rodzicami. Przyglądał się im, widząc ich po raz pierwszy, mimo trzyletniego stażu związku; znał ich podejście do chłopaków córek, więc wcale nie był zdziwiony zaistniałą sytuacją. Widocznie nadszedł odpowiedni moment i został uznany za godnego poznania rodziny. Przewrócił oczami, przypominając sobie słowa ukochanej na temat zdania jej rodziców o za wczesnym wprowadzaniu partnera do rodziny. Spojrzał na nią z czułością; mimo wszystko czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi ze świadomością, że ta piękna, siedząca u jego boku anielica należy do niego, a on – do niej.

Ojciec patrzył na się siedzącą przed nim parę podejrzliwie. Jego mała dziewczynka z obcym chłopcem… Westchnął i przeniósł ciężar ciała do przodu, opierając się rękoma o kolana.

Gadka-szmatka, gadka-szmatka, ble ble ble ble… Niepewne uśmiechy, przelotne spojrzenia; palce dziewczyny się rozluźniają, gdy jej ukochany dyskretnie do niej mruga. Wzięła głęboki oddech, przypominając sobie, że już nie jest małą dziewczynką. Mam dwadzieścia sześć lat, powtórzyła sobie w myślach i wzięła głęboki oddech.

– Mamo, tato – przerwała sielską rozmowę o pogodzie podczas wypadu weekendowego w góry. – Chcemy wam coś wspólnie oznajmić. – Wyciągnęła z kieszeni płaszcza atłasowe pudełeczko. Wsunęła pierścionek na palec i uniosła rękę. Brylant zabłysnął w świetle lamp. – Zaręczyliśmy się.

Rodzice zaniemówili. Pierwsza ocknęła się matka. Ogarnęło ją niesamowite wzruszenie; potężny wodospad chlusnął w jej przykurzone serce, a czysta woda obmyła je z każdej strony. Zrobiło się jej tak lekko, a serce zabiło szybciej, jak gdyby dostało nowe życie. Oblicze córeczki mówiło wszystko; niczym otwarta księga zdradzało wciąż rozwijający się wachlarz silnych uczuć od miłości po niedowierzanie.

Matka położyła znacząco dłoń na ramieniu męża, który z kolei potrzebował nieco dłuższej chwili na przyswojenie tych niecodziennych nowin. Pierwszą wzbierającą w nim falą okazał się wodospad, ale – gniewu; ogniste strumienie wody zaczęły drążyć tunele w jego sercu i wypalać nieodwracalne ślady. Potężna woda jednak szybko ucichła, pozostawiając miejsce na zimny, delikatnie sączący się strumień, gaszący płomienie i oczyszczający pozostałą spaleniznę. Westchnął niesłyszalnie i podniósł się ciężko z fotela. Podszedł do córki i ujął jej dłonie, by również wstała.

– Kocham cię, malutka – wyszeptał i przytulił ją do piersi. Strumień wzruszenia zwilżył mu oczy. Przymknął  powieki, by to ukryć i puścił córkę, by uścisnąć rękę kawalerowi. – Gratulacje – mrugnął do niego, gdy już trochę się rozluźnił.

Uliczne światła lamp już rozpraszały cienie miasta, gdy dwie pary wyszły z kawiarni i udały się w swoją stronę. Młoda kobieta przytuliła się do ramienia mężczyzny i wsunęła palce w jego rękawiczkę, gdy zaczęły jej marznąć. Szli w ciszy, wciąż przeżywając swój pierwszy dzień narzeczeństwa, a teraz również akceptacji rodziny. Ich kroki były lekkie, a samopoczucie – cudowne.

Dotarli do mieszkania, zdjęli płaszcze i po skromnej kolacji w towarzystwie rubinowego wina, usiedli na kanapie. Ich kolana się stykały. Mężczyzna musnął gładkie udo ukochanej i spojrzał na nią płomiennymi oczami. 

– A za oknami śnieg. Wrony na śniegu* – wyszeptał, nachylony do jej ucha. Ucałował szyję i wargi. Oddała pocałunek.

 

Natalie

*K. I. Gałczyński, „Rozmowa Liryczna”