Prologos. Opowiadanie o śmierci

Jesteśmy tu tylko na moment, poznajemy świat i tracimy go. Kroczymy przez życie wiedząc, że za każdym rogiem może czekać na nas śmierć.
Spotykamy ludzi, których kochamy, przywiązujemy się do nich, a oni odchodzą, zostawiając nas. Cóż warte jest życie? Najpiękniejsze są tylko chwile, w których jesteśmy razem. Nie wtedy, gdy się śmiejemy, czy rozmawiamy, lecz wtedy, kiedy zamiast słów, spłynie łza radości, matczynej miłości, mówiąca wszystko, co chcemy usłyszeć.
Zadajemy sobie pytanie: Czy kiedykolwiek znów tak się stanie? A odpowiadamy: Nie wiem, ale trzeba mieć nadzieję…

*          *          *

– Tatuś! – krzyknęła malutka blondynka, rzucając się swojemu ojcu na szyję. Była szczęśliwa. Szczęśliwa na swój sposób, że tata wrócił bezpiecznie do domu. Mężczyzna uśmiechnął się, rozbawiony entuzjazmem dwuletniej córeczki. Jeszcze nie wiedział, że miała rację. Jej radość nie była bez sensu.

Powiesił na wieszaku przemoczoną kurtkę i zdjął ciepłe, zimowe buty. Pocałował żonę na powitanie, biorąc córkę na ręce. Usiadł na kanapie obok ukochanej kobiety i posadził sobie dziewczynkę na kolanach. Wreszcie, po ciężkim dniu pracy, mógł się odprężyć oraz otoczyć się istotami, które kochał najbardziej na świecie. Chciał opowiedzieć im o swoich troskach, przeżyciach, planach i marzeniach. Jednak ograniczył się do dwóch słów, które tak często wymawiano lekkomyślnie przez wiele osób. Ale on wypowiedział je z mocą, pewny swojego uczucia.
– Kocham was.

Następnego dnia jechał samochodem. Spieszył się. Lecz był rozważnym kierowcą i utrzymywał właściwe tempo, aby nie poślizgnąć się na zdradliwym, lodowym podłożu.
 Dochodziła siedemnasta, ale ciemność zdążyła przesłonić błękit nieba. Mężczyzna nie mógł się doczekać min swoich bliskich, na widok świątecznych prezentów. Musiał poczekać jeden dzień. Jutro Wigilia.

Nagle zobaczył światła. Jak dwa księżyce o żółtawym odcieniu. Przybliżały się do niego. Z każdą sekundą bliżej. Adrenalina buzowała mu w żyłach. Lub raczej coś innego. Coś, co nie można pomylić z niczym innym. Strach.
I wtedy to się stało. Huknęło. Błysnęło. Metaliczny smak w ustach. Ostrze przesunęło się niżej, przez szczękę, aż na szyję. Wystarczył jeden cios. A potem została tylko czerń. Niekończąca się otchłań… Leżał z oczyma wbitymi w… nic. Nie, bo nicość, to też coś, gdyż wszystko musi być czymś. To była tylko inna odmiana czegoś. Widział ją, ale jednocześnie jej nie dostrzegał. Teraz ją poczuł. Pustka, niczym dno niekończącej się przepaści. Nicością może być puste serce, które dotychczas było wypełnione miłością, choć może się to wydawać niemożliwe, bo czuło jedynie… nic. Dobry człowiek stracił cząstkę siebie, ba, całego siebie. Coś ważnego. Nicością może być też przygnębienie, smak goryczy, przepełniony smutkiem i złością do świata. A to już jest coś. Jak w jego przypadku. Wszystko przez tą miłość. Nigdy się nie spodziewał, że śmierć będzie tak bolesna.

*          *          *

        – Dorośnij.
 – Próbuję. Chcę.
 – To niech się na chęciach nie kończy. Stań się osobą dojrzałą i dotrzyj do celu swojej egzystencji. Nie próbuj. Zrób to.
 – Jak? Co mam zrobić?
 – Dorośnij.

Natalie