Sekta? Rodzinnie – Opowiadanie

– Wyglądam w tym idiotycznie!

– Daj spokój – burknąłem, zapinając pod brodą srebrne guziki. – Wyglądasz idealnie.

Moja siostra przyjrzała się krytycznie swojemu odbiciu w lustrze. Tylko oczy mogły ją zdradzić. Jednak mieliśmy szczęście, że oboje odziedziczyliśmy je po mamie. Za to ja musiałem związać i skrzętnie schować rudą czuprynę pod szerokim kapturem. Zamyśliłem się. Sekta…? 

Rozbrzmiał dźwięk dzwonka mojej komórki.

– Hej, Rick, co tam?

– Właśnie wyszły do kina. Masz szczęście, że mama ma jutro urodziny.

– Tak, wiem. Ale czemu szepczesz?

Rick chrząknął głośno do telefonu i znów szepnął niezmieszany:

– Bo tak jest ciekawiej. Zupełnie jak na akcji detektywistycznej.

No tak. Rick myśli podobnie jak ja, zanim… Chyba zanim moja siostra została prawie uduszona przez silnego psychopatę.

– Dobra, dzięki. Cześć.

Rozłączyłem się i usłużnie podstawiłem Veronice ramię:

– Madame?

Przyjęła mój gest z aprobatą graniczącą z rozbawieniem. Zeszliśmy po schodach i opuściliśmy kamienicę. Przy krawężniku czekała już na nas czarna taksówka.

Zdjąłem na chwilę kaptur i ukazałem twarz kierowcy.

– Pan Wild?

Potwierdziłem skinieniem głowy i podałem mężczyźnie adres docelowy. Nie okazał zdziwienia na widok naszych strojów – widocznie widział w swoim życiu dostatecznie wiele dziwactw.

Zamglonymi ulicami Londynu dotarliśmy na miejsce. Wyjąłem z kieszeni zaproszenie i podałem Veronice. Zdenerwowani zapukaliśmy do domu o podanym adresie.

– Kto? – właściciel gderliwego głosu zza drzwi otworzył małe okienko, w którym ukazała się para czarnych oczu.

– Gabriella Wild.

Metalowa zasuwa zgrzytnęła w drzwiach i przed nami stanął niski mężczyzna w smokingu, z kilkoma włosami zaczesanymi na gładkiej łysinie i o nieszczerym uśmiechu wąskich warg. Na coś czekał. Veronica na szczęście się zorientowała, o co chodzi,  i zaczęła wyjmować spod obszernej burki dłoń z zaproszeniem. Wstrzymałem oddech, bo dopiero teraz zauważyłem pewien szczegół, który wcześniej uszedł naszej uwadze – ręce. Zakładając, że Veronica będzie miała wszystko zakryte, nie pomyślałem o ucharakteryzowaniu jej rąk. Z ulgą wypuściłem powietrze, gdy zobaczyłem szare, skórzane rękawiczki.

Łysy rzucił okiem na pogiętą karteczkę i uprzejmym gestem zaprosił nas do środka.

Przeszliśmy przez ciemny i pusty korytarz. Czerwone światło lamp rzucało nasze cienie na ściany, zdobiąc je rubinową powłoką. Czarne szpilki Veroniki stukały o twardą posadzkę, przerywając niesamowitą ciszę. Zacząłem wątpić w prawdziwość zaproszenia, mimo że facet w smokingu je przyjął. Albo mają tutaj dźwiękoszczelne ściany.

Korytarz kończył się dwuskrzydłowymi, pięknie zdobionymi drzwiami, z wygrawerowanymi na nich motywami roślinnymi.

Nacisnąłem złotą klamkę i pchnąłem. Leniwie uchyliły się pod ciężkim naporem moich mięśni.

Gdy zobaczyłem wszystkich ludzi w tym jednym, ogromnym pokoju o mało nie zatrzymałem się w pół kroku. Na początku nie zrozumiałem swojej reakcji, dopiero chwilę potem zorientowałem się w osobliwości tego miejsca. Nie, nie mieli dźwiękoszczelnych ścian. Były tu po prostu niepotrzebne. Cała armia ludzi stała w zgodnej, spokojnej ciszy, nie było słychać nawet szmeru rozmów. Wszyscy ubrani byli w to samo: szare burki i męskie szaty. Jedynie godła wyhaftowane na plecach wyróżniały każdego spośród tłumu.

Atmosfera sali nie różniła się niczym z korytarzem, który do niej prowadził. Te same czerwone lampy nadawały tajemniczego wyrazu przyciemnionego miejsca, w którym po kątach czaił się cień.

Stanęliśmy w jednym z szeregów. Niektóre szare postacie powitały nas krótkimi spojrzeniami.

Zwróceni byliśmy w kierunku niewielkiego podium z ustawioną na środku białą mównicą. Na niej także widniało duże godło Anglii z trzema leżącymi lwami.

Niecierpliwiłem się, ale nie miałem odwagi odezwać się do siostry. Wybijałem palcami o udo nerwowe staccato i w myślach nuciłem melodię.

Dopiero po jakichś dwudziestu minutach zaczęło się coś dziać. Podzieliliśmy się na dwie kolumny, by przez środek mógł przejść orszak z ognistymi pochodniami sekty.

Szli równym krokiem z naciągniętymi na twarze czarnymi kapturami. Sami mężczyźni. Kiedy zaczęli śpiewać przyciszonymi głosami w obcym języku (chyba po łacinie) poczułem się jak na Mszy w kościele. Jednak szybko zmieniłem zdanie, gdy nie wiadomo dlaczego zacząłem rozumieć śpiewane słowa. Włosy zjeżyły mi się na karku podczas hymnu pochwalnego na cześć Dobra Najwyższego, w którym w podtekście wyłapałem znaczenie Szatana. Zrobiło mi się niedobrze, zdając sobie sprawę jak byłem blisko. Albo jak daleko, bo wplątaliśmy się na całkowite przeciwieństwo Mszy Świętej – na Czarną Mszę.

Zatrzymali się pod mównicą na podwyższeniu, które odpowiadało kościelnemu ołtarzowi; zakończyli śpiew jednym dłuższym dźwiękiem i jak na komendę uklękli. Drewniane podpalone kije stuknęły w równym rytmie.

Na mównicę wolnym krokiem wspiął się człowiek w czarnej szacie ze złotymi guzikami, o kapturze tak wielkim, że jego twarz zasłaniała całkowita ciemność. Skinął na nas kościstą, bladą dłonią ozdobioną sygnetem z ametystem.

– Witajcie, moje dzieci – jego głos przypominał startego na tarce ogórka, zjedzonego i wyplutego. Jednak miał w sobie coś z rodzica, na co wszyscy wokół się nabierali. – Zebraliśmy się tu dziś z okazji Dnia Kukurydzy, który symbolizuje nasze ciężkie zmagania ze światem nie dającym nam nic w zamian za nasze trudy. Tylko matka Natura – tu wzniósł ku zachwycie tłumu żółtą, najzwyklejszą kolbę kukurydzy – daje nam to, czego nam potrzeba. Jednak potrafi ona zaspokoić tylko nasze cielesne potrzeby. Dlatego przyszliśmy tutaj zaspokoić duchowe żądania, o ile ważniejsze i wznioślejsze od prymitywnych potrzeb marnej, ludzkiej powłoki. – Wzniósł ręce do góry z dziwnym, strasznym śmiechem. Szarzy mu zawtórowali, czarni z pochodniami klęczeli dalej w bezruchu jak strażnicy na warcie przed pałacem Buckingham.

– Dlatego chciałbym w tej uroczystej chwili – kontynuował – nakarmić symboliczną kukurydzą dusze oto tu wybranych, którzy postanowili przyłączyć się do naszej wielkiej Rodziny.

Podszedł do strażników i każdemu z nich podał po kolbie, które wcześniej przyniosła kobieta w szarej burce na jedwabnej, szkarłatnej poduszce z frędzlami. Przyjęli je, nie śmiąc podnieść głów. Potem wstali, odwrócili się do tłumu i w wyrazie tryumfu podnieśli kukurydzę nad głowami. Dopiero wtedy ludzie zaczęli głośno śpiewać pieśń, która wydawała się obecna przy każdym takim rytuale, bardzo uniwersalna. Mówiła o wspólnocie, jedności w grupie i (ślepej) miłości w tej ich Rodzinie. Nie przyłączyłem się do śpiewu, mimo że znowu – nie wiedząc czemu – znałem słowa. Mruczałem tylko pod nosem, żeby mnie o coś nie oskarżono. Veronica zachowała się podobnie.

Nagle nowi członkowie sekty odrzucili kaptury i naszym oczom ukazały się ich rozentuzjazmowane twarze.

Przesunąłem trochę kaptur, żeby lepiej widzieć. Cholera. Tego nie przewidziałem…

Jedna z twarzy należała do osobnika płci męskiej, bardzo słynnego osobnika w moim małym skejtowskim światku. James Scott, tak, ten JAMES SCOTT patrzył z uśmiechem na widownię. Miał w sobie coś, czego nie widziałem na rampie – poddanie. Tak, wtedy był jeszcze niezależny, a teraz… Teraz to utracił.

Nie licząc jego problemu, problem miałem również ja. James mnie widział, co prawda tylko raz, ale niestety jestem osobą dość przykuwającą uwagę. Trudno o mnie zapomnieć – za bardzo wyróżniam się z tłumu bladą skórą i intensywnie rudą głową.

Wcisnąłem się głębiej w materiał, próbując zakryć jak największą część twarzy. Niby to niemożliwe, żeby mnie rozpoznał w moim sprytnym kamuflażu, ale zawsze istniała taka możliwość.

– Zacznijmy inicjację! – Mistrz zatarł ręce i skinął głową na nowych członków. W przeciwieństwie do nas wszyscy doskonale wiedzieli, co powinniśmy teraz zrobić. Naśladując tłum, zbiliśmy się na boki tak, aby zostawić w środku dziurę w kształcie idealnego okręgu. Było ciasno i gorąco – wiele spoconych tkanin ocierało się o siebie, nie odkrywając nawet rąbka nagiej skóry.  Nie mogłem się przepchnąć bliżej, bo nikt tego nie robił, a chciałem ograniczyć ryzyko do minimum. Przynajmniej wysoki wzrost teraz mi się przydał, pozwalając na obejrzenie chociaż części „inicjacji” ponad głowami ludzi.

Czwórka czarnych (w tym James) zaczęła skrobać z kukurydzy żółte ziarna. Potem podnosiła rękę do góry i sypała na podłogę jak szczyptę soli do zupy. Reszta schyliła się na klęczki i coś tam pod nimi robili, ale nie widziałem co.

Po opróżnieniu z ziaren swoich kolb, nastąpiła zmiana stanowisk aż do wyczerpania kukurydzy następnych.

Usłyszeliśmy ryk, przerażający krzyk cierpiącego stworzenia. Jak na komendę wszyscy odwrócili głowy w kierunku, z którego dochodził ten przerażający odgłos. Nagle ucichł.

Na podium stał Mistrz, trzymając w rękach czarną, futrzaną kulkę. Odsunął ją od siebie ze wstrętem na długość ramienia. Wzdrygnąłem się również ze wstrętem, ale nie do tego biednego ciałka, tylko do człowieka, który sprawił, że wisiało ono bezwładne, brudne z krwi… martwe. Kociątko miało skręcony kark. Z jego pyszczka skapywały na posadzkę krople czerwonej krwi… Kap, kap… Kap, kap… Jego oczy wciąż były otwarte, ale życie z nich już uleciało. Puste i smutne.

James odebrał od okrutnika nieżywe zwierzę. Krew kapnęła mu na palec. Uniósł go do oczu, przyjrzał mu się i rozmazał w palcach. Całe szczęście, że go nie polizał, bo chybabym nie przeżył narodzin kolejnych wampirów… Tak, sarkazm jest idealny w takich chwilach na uspokojenie zszarganych nerwów i żołądka.

W końcu moja cierpliwość się skończyła i po prostu się wyłączyłem. Już tylko patrzyłem i nie myślałem nad istotą chodzenia po kole usypanym kukurydzą z martwym kotem.

Bo istotnie tak było – James spacerował w kółko, jakby układając jakiś wzorek z kropel ciemnej cieczy. Chyba, ponieważ całą podłogę od koła zasłaniali mi ludzie.

Wkrótce stanął i delikatnie odłożył ciało, podejrzewam, że w sam środek. Ukłonił się swojemu Mistrzowi i bez słowa usunął się na bok.

Mistrz zszedł po schodach powolnym krokiem, który brzmiał w panującym znów milczeniu jak tupot nóg słonia.

Powoli, krok za krokiem, udało mi się prześliznąć na tyle blisko, żeby móc w pełni obserwować makabryczne widowisko.

– Oto ofiara, której zwróciliśmy wolność.

– Zwróciliśmy!

– Oto ofiara, którą uwolniliśmy z okowów życia.

– Uwolniliśmy!

– Oto duch, któremu pomogliśmy w poświęceniu.

– Pomogliśmy!

– Oto ja, który chce uratować was wszystkich!

– Oto ty! Oto ty! Oto ty!

Mistrz machnął ręką. Umilkli. Wyłamał palce, złożył je jak do modlitwy i zaintonował pieśń:

Gdy świt rozkwitnie

w środku dnia

Gdy nocą rozbłyśnie

Twoja twarz

Gdy wyrwie Cię

Z objęć słońca dnia

Nocny echa krzyk…

Zaparłem się w sobie, walcząc z obezwładniającą mocą pieśni. Chciałem śpiewać… Nie, nie chciałem. To ON chciał, ja nie. Boże, czemu jestem taki słaby… Błagam, pomóż…

Zacisnąłem powieki i wtedy coś mi się przypomniało. Otworzyłem je i wpatrzyłem się w siostrę. Kołysała się sennie w takt muzyki, oczy miała zamknięte, jej wargi lekko się poruszały.

Szybko otrzeźwiałem. Złapałem Veronicę za rękę i z całej siły ścisnąłem. Podziałało. Ale nie całkiem. Wyrwała się i syknęła z bólu. Ale jej oczy już zaczynały robić się matowe…

Musiałem działać natychmiast. Zanim i ona będzie zgubiona.

Niewiele myśląc, wyskoczyłem do przodu, padłem na kolana i złapałem Mistrza za nogi. Mój policzek dotykał jego czarnych, skórzanych butów.

– Mistrzu! – załkałem. Nawet nie musiałem udawać przerażenia. – Wybaw mnie!

Udało się, ludzie się otrząsnęli i przestali śpiewać. Jednak Mistrz, zamiast ukazać wściekłość, łagodnie podniósł mnie na nogi i spojrzał mi w twarz. Możliwe, że byłem pierwszym śmiałkiem, który odważył się to zrobić i go zobaczyć.

– Kochanie – powiedział w idealnej polszczyźnie. – Zrobię to. Ale jeszcze nie teraz.

Słaniałem się na nogach. Czułem się wyczerpany, a nawet chory.

– Z kim przyszedłeś?

Na szczęście zostały mi jeszcze resztki rozumu.

– Z Gabriellą Wild.

Uścisnął moje ramię i przyjaźnie popchnął w kierunku  czarnych.

– Odprowadźcie go i jego towarzyszkę do drzwi.

Tak zrobili. Nie wygadałem się, więc zaufałem im, że nic nam nie zrobią. O ironio, mnie oczywiście prowadził James.

– Hej, czy my się gdzieś już nie spotkaliśmy? – zagadnął wesoło.

– Nie sądzę.

– Ależ tak! Wiem! – odwrócił się do dwóch pozostałych, trzymających Veronicę. – Słyszycie, chłopaki? To jest mój fan! Kumpel z fachu!

Zamruczeli niezrozumiale z obojętnymi minami.

– Cieszę się, że tu jesteś – powiedział do mnie porozumiewawczo i  z sympatią klepnął w plecy. Prawie wyrżnąłem na ziemię. W ostatniej chwili mnie złapał. – Kurczę, stary, faktycznie coś z tobą nie tak. Jesteś zielony. To twój pierwszy raz?

Nie odpowiedziałem, bo zbierało mi się na wymioty. Walczyłem z nimi, a to wymagało sporego wysiłku.

Po kolejnych nieudanych próbach nawiązania rozmowy, wreszcie James dał mi spokój. Przyjąłem to z ulgą, a z jeszcze większą świeże powietrze na dworze. Przypilnowali, żebyśmy bezpiecznie wsiedli do taksówki i gdy odjeżdżaliśmy, James do nas machał z uśmiechem.

 

Natalia Kossakowska

 

PS A Wy jak pisaliście w wieku 16 lat? 😉

PS2 Wracamy po gorącym dla studentów okresie sesyjnym i obiecujemy poprawę z ilością i częstotliwością wpisów 🙂