Wakacje, lato i lekkość bytu.

Lato. Lato to jedna z moich ulubionych pór roku. Wśród promieni słońca wszystko wydaje się być jakieś takie łatwiejsze, mniej straszne. Lepiej się żyje letnią porą. Gdy patrzymy w błękit nieba czujemy, że możemy wszystko, chcemy latać, unosić się do chmur i spadać do chłodnej wody, by unosząc się na jej tafli pozwolić, aby odpłynęły wszystkie nasze myśli zostawiając naszą duszę choć przez jedną chwilę nieskazitelnie czystą.
Pragniemy łąki pełnej polnych kwiatów, wiatru, ciepłych wieczorów w trakcie których tak wiele rzeczy ma swój początek. To czas, kiedy wszystko unosi się ponad ziemią, ukazując swą lekkość. Potrzebujemy tej lekkości. Lekkie perfumy, zwiewne ubrania, włosy splątane wiatrem, widoki zapierające dech w piersiach i książka – do pociągu, do słońca, do szumu morza. Książka, lekka jak definicja lata. Przez którą się płynie wstrzymując oddech, a powietrze można zaczerpnąć dopiero długo po przeczytaniu ostatnich stron.
Takie książki Wam polecę i choć cechuje je lekka forma, iść treść nie zawsze jest pełna słońca.

Carlos Ruiz Zafón, Cień wiatru
Po przeczytaniu pierwszych stu stron człowiek przepada. Wszystko inne przestaje istnieć, a myśli krążą tylko wokół nierozwiązanych tajemnic. Książka opowiada o Danielu, który jako mały chłopiec odnalazł książkę „Cień wiatru” na Cmentarzu Zapomnianych  Książek i chce odnaleźć więcej książek tego autora co stanowi początek wielkich namiętności, tajemnic i przygód.  Pojawia się genialna postać – Fermín Romero de Torres, jego mądrości powinno się spisywać i wracać do nich po latach, bo jakże trafnie mówi o życiu, o naszej niezdarności w poruszaniu się po świecie. Fermín uczy nas, jacy są ludzie we wszystkich swoich odmianach, uczy specyfiki duszy, uczy jak dotykać kobietę. Często w zabawny sposób potrafi ukazać różne prawdy z jakimi niekiedy boleśnie przychodzi nam się zmierzyć.

Gdy wyszedłem na ulicę, jeszcze miałem głęboko w sobie jej twarz, głos i zapach. Niosłem muśnięcie jej warg i jej oddech przez ulice pełne ludzi bez twarzy.

W kobietach najlepsze jest ich odkrywanie. I nic się nie może równać z tym, gdy dochodzi do tego po raz pierwszy. Bo człowiek nie wie, co to życie, dopóki po raz pierwszy nie rozbierze kobiety.

Anka Kowalska, Pestka
Książka dramatycznej miłości. Agata jest kobietą, którą pragnie każdy mężczyzna. Nie chodzi a tańczy zmysłowo, każdym doprecyzowanym ruchem podkreślając swoją kobiecość. Nie spogląda lecz patrzy w głąb ciebie, widzi i rozumie. Nie egzystuje a żyje pełnią życia, całą sobą i więcej, wychodzi poza siebie. Pomimo to, że ludzie lgną do niej, czuje, że czegoś jej brakuje, że nie jest szczęśliwa. Do czasu gdy spotyka Brysa – żonatego mężczyznę z dwójką dzieci. Całą historię opowiada przyjaciółka Agaty – kobieta wierząca, katoliczka, która z początku sprzeciwia się związkowi tej dwójki, jednak z upływem czasu zaczyna patrzeć na niego w zupełnie innym świetle. Nic nie jest nigdy czarne albo białe, a coś co z pozoru mogło wydawać się nieczyste, złe – czasem jest zupełnie niewinne i dobre.
Forma, sposób pisania, każde zdanie to tak, że chciałoby się zapisać cytat w swoim notesie, ale po chwili orientujesz się, że właśnie przepisujesz całą książkę. I ta tytułowa  pestka. Co to takiego?

– Każdy ma w sobie pestkę, każdy swoją. Jak owoc. Przylatują ptaki, przychodzi jedno po drugim spustoszenie. Robak. Gnije to, co jest miąższem. Odpada. Ale pestkę trzeba uratować. Pestka musi zostać nietknięta. Z pestki przecież… 

Niepojęcie wstrząśnięta spytałam, co jest pestką.

– To, w co nie przestajemy wierzyć. Co najgłębiej jest nami; pomimo wszystko. Pomimo zła w nas, pomimo naszych odstępstw, mimo wszystkich srebrników, jakeśmy wzięli. Kradnę, kłamię, cudzołożę – ale nie zabiję; tysiąc kompromisów, a kiedyś jednego nie; za żadną cenę, nigdy.

(…)

– Ale – powiedziałam – słuchaj. Mówisz o mnie, mówisz o… Ale ty. Co jest twoją pestką. Jeśli możesz. Jeśli potrafisz. Jeżeli wiesz?

– Wiem – powiedziała. Miłość.

 

Czy to już wtedy budziliście się do siebie, do wszystkiego, co było przed wami? W Agacie stawało się to wówczas; tak potem mi powiedziała. „Sabina, do miłości było jeszcze daleko, wiesz. Ale kiedy na niego patrzyłam, byłam pełna piersi, nóg, ramion. Sabina, ja cała szłam do niego. To nie mogło się nie stać, Sabina.

J.D. Salinger, Buszujący w zbożu
Tego klasyka chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Warto poznać Holdena, chyba każdy z nas go zrozumie i odnajdzie w nim jakąś cząstkę siebie.

Jodi Picoult, Karuzela uczuć
Tytuł może nie zachęcać, ale na usprawiedliwienie napiszę, że oryginalny to „The pact”.
Emily i Chris kochają się od zawsze – od pierwszych chwil przyjścia na świat. Pada strzał i dziewczyna umiera z rąk najbliższej osoby na świecie, z jego rąk. Czy faktycznie były to ręce chłopaka, czy może jej własne?

Jak mógłby wytłumaczyć komuś, kto nigdy jej nie widział, że zawsze pachniała deszczem albo, że żołądek skręcał mu się w supeł, kiedy patrzył, jak rozpuszcza warkocz? Jak opisać, co czuł, kiedy kończyła za niego zdanie, kiedy kubek, z którego razem pili, obrałaca tak, żeby położyć usta na tym samym miejscu, co on? Jak wyjaśnić, że czy to w szkolnej szatni, czy pod wodą, czy w lasach Maine, dopóki była z nim Emily, czuł się jak w domu?

Kevin Brooks – Lucas
Opis okładce brzmi: „Poruszająca Love story”, ale proszę, nie sugerujcie się tym. Wywołało to falę sprzeciwu u wszystkich czytelników. Jest to bardzo mylne, bo nie znajdziecie tam historii miłosnej.
Książka napisana jest w lekki sposób, ale nie jest łatwa. Kończyłam ją czytać na plaży i płakałam tak, że myślałam, że już nigdy nie przestanę płakać. Bardzo poruszająca historia o dobrym chłopaku, który przez to, że był tajemnicą dla ludzi z wyspy, gdzie każdy dobrze się znał został niesprawiedliwie osądzony i skazany na okrutny los. Nie wiem czy jest to odpowiednia propozycja na letnią porę – na pewno nie dla każdego. Ale jak ktoś nie zostawia sobie książek o rzeczach trudnych jedynie na jesienną porę to przeczytajcie, naprawdę warto. I uczyńcie ten świat lepszym.


To tata mnie namówił, bym napisała o Lucasie, Angel i wszystkim, co zdarzyło się zeszłego lata.
– Nie poczujesz się przez to lepiej – ostrzegł. – Może nawet będzie ci przez jakiś czas ciężej, ale nie możesz pozwolić, by smutek opanował twoje serce. Musisz żyć. Musisz…
– Wyrzucić to z siebie?
Uśmiechnął się.
– Tak.
– Sama nie wiem… – westchnęłam. Poza tym nie jestem pewna, czy potrafię przelać to wszystko na papier.
– Co za bzdura. To przecież najprostsza rzecz na świecie. Jak myślisz, czy gdyby tak nie było, mógłbym wyżyć z pisania? Musisz po prostu opowiedzieć, co się zdarzyło. Musisz napisać prawdę.
– Ale ja przecież nie wiem tego dokładnie. Nie znam wszystkich szczegółów, faktów…
– Historie to nie fakty, Cait, to nie szczegóły. Historie to uczucia. Czułaś coś przecież, prawda?
– Aż za dużo – przyznałam mu rację.
– A więc masz wszystko, czego potrzebujesz. Wyrzuć to z siebie, kochanie. Wypłacz. To pomoże, uwierz mi.
Zrobiłam, jak mi doradził, wypłakałam tę historię.
Oto ona.

 

*Tytułowa „Lekkość bytu” zainspirowana jest tytułem książki Milana Kundery „Nieznośna lekkość bytu”.
*Kursywą zaznaczone są cytaty z opisywanych książek.

Magdalena Plak